BÓJ POD PUŁTUSKIEM
Późno
w nocy z 5 na 6 września odnalazłem baterię w lesie pod Pniewem. Porucznik
Sylwestrowicz meldował jakieś nieistotne szczegóły, więc czym prędzej go
wysłuchałem i zakopałem się na kilka godzin w siano na moim wózku.
Przed
świtem obudził mnie szef baterii, ogniomistrz Szklarczyk, meldując, że mam
jechać do majora po rozkazy. Opowiadał przy tym, że całą noc patrolował z
zapasową obsługą las wokół baterii, bo podobno wszędzie pełno jest szpiegów. O
patrolowanie nie miałem pretensji, ale skąd w lasach pod Pułtuskiem szpiedzy?
Skąd się tu mieli znaleźć? Przesadza stary wojak!
Pojechałem
do majora, który zorientował mnie w sytuacji. Cały 1 pułk piechoty stał w
rezerwie, ale przygotowany do odparcia broni pancernej. W pierwszej linii
piechoty wyznaczono punkty obserwacyjne artylerii, skąd mieliśmy powitać ogniem
niemieckie czołgi. Ulokowałem się na skraju jakiegoś młodego, rzadkiego lasku,
ciągnącego się poza szosą na Pułtusk, telefoniści natychmiast przeciągnęli
kabel do baterii. Przed nami widniało rżysko: równe pole ciągnące się chyba na
kilometr. Całe więc strzelanie będzie trwało najdłużej 3 minuty. Trzeba będzie
się śpieszyć. Wyjaśniłem to telefonicznie porucznikowi i poleciłem okręcać
zapalniki do granatów. A kanonierom kazałem pobiegać koło armat. Jest chłodno,
niech się więc rozgrzeją, muszą być rozruszani i gotowi do szybkiej pracy.